Wczoraj doznałem (pewnie nie po raz pierwszy - ale pierwszy raz dotarło to do mnie tak mocno) dziwnego odczucia. Zauważyłem ludzi (w tym wielu moich kolegów), którzy mocno przeżywali mecz. Mecz, który miał wczoraj rozstrzygnąć która dróżyna najlepiej kopie piłkę na Starym Kontynencie. Ich zachowanie sprawiało wrażenie jakiejś psychozy wywołanej i podgrzewanej przez media.

Obserwowałem to wszystko z boku, bez angażowania się w rozmowy, przewidywania, spekulacje czy typy. Wiedziałem, że potrafię, gdybym tylko chciał, dopasować się do reszty, zaangażować śwoje emocje, poczuć energię i wejść do tej rzeki i popłynąć z większością. Ale im dłużej stałem na  brzegu i obserwowałem nurt, tym bardziej nie chciało mi się "moczyć nóg" Analizując swoją reakcję stwierdziłem, że  dystans można mieć do wszystkiego. Nie twierdzę, że jest to dobra postawa, ale w niektórych sytuacjach, pozwala ona dostrzec pewne aspekty, których nie dostrzega się będąc w środku. Oczywiście reguła ta działa w drugą stronę.

Wracając do głównego wątku. Zastanawiam się jak długo "będziemy" przeżywać wczorajszy mecz. Czy pojutrze nikt już w rozmowach nie powróci to tego wydarzenia? Może będzie inne? Życie biegnie od jednego wydarzenia do drugiego. Które z nich są istotne, w które powinniśmy się zaangażować? A może życie polega właśnie na tym, że powinniśmy je przepłynąć w głónym nurcie? Czy ktoś oprócz mnie ma jeszcze takie dylematy?  - z, czy w poprzek? a może jakaś suma wektorów?